
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
generau nadaje ze sztabu2011-09-23 15:51:17tęsknota ![]() skomentuj (0) 2011-01-24 00:52:54 przestrzenie kochają mnie sytuacje beznadziejnie głupie. jak nie poślizg na parkingu w departamencie i pukpuk w zaparkowany samochód koleżanki, to akcja z bankomatem. wracam z pracy, zmęczony po całym tygodniu, po tygodniu, w którym maksimum snu - raz! - to siedem godzin. parkuję centralnie przed maszyną. wychodzę, zamykam auto, wkładam kartę, sprawdzam stan konta, wbijam ponownie pin, wbijam sumę (stosunkowo, na szczęście, niedużą), bankomat pracuje, oddaje mi plastik. więc ja go wsadzam do portfela i odchodzę, odjeżdżam, o tym, że nie wziąłem kasy z szuflady przypominając/uświadamiając (to) sobie dopiero po kilku godzinach. po tych kilku godzinach zresztą patrzę na znakomity kamp! i na boleśnie słabe hurts i, po odsłuchaniu, jedynej pożądanej piosenki, zaobserwowawszy już dziwne tańce wokalisty, dziwne palce klawiszowca, dziwne gesty tenora, białe róże lecące w rozentuzjazmowany tłum, zaczynam wtłaczanie w swój organizm alkoholu. i tak przez kilka godzin, w miłym towarzystwie, pieszo, przy stole, przy piłkarzykach, przy chińczyku do krwi! zupełnie nie mam pomysłu, jak spożytkować 25 dni (!!!) zaległego urlopu. znaczy pomysł mam jeden: spać-czytać-spać. czy to jednak realne, gdy zajęć ponad stan? pierwszy własny, od początku do końca wymyślony, szoł za mną, z pozytywnym oddźwiękiem, choć ja sam, wypowiedziawszy ostatnie słowa, osunąłem się na fotelu. z wrażenia. ale to już zatarte, teraz pod wrażeniem nowych wyzwań jestem, tego, co ma przynieść rok, setki wydarzeń tu i tam. jak podołać? jak przesiać przez sito to, co najważniejsze? a przestrzenie rosną, zmieniają się, zachwycają. gdy wszedłem po tygodniu, nie poznałem, nie rozpoznałem, jak szybko można tak wszystko poprzestawiać i wyburzyć. a teraz oglądam zdjęcia, które przywiozła żmija i gęba mi się śmieje! widzę własny pokój, mały własny, do pracy. widzę garderobę, widzę półki na książki i płyty, wszystko to się staje takie realne. wszystko dzieje się nad wyraz szybko i sprawnie. tyle lat wzbraniania się, a teraz nie mogę się doczekać, chciałbym już, od razu, jutro. tylko niech ktoś to wszystko spakuje i przewiezie :) poza tym bez zmian. a on mnie wciąż i nieustająco wycisza! skomentuj (2) 2011-01-09 23:26:56 ale ugrał!!! muszę to od razu zapisać, bo zapomnę, że mam zapisać i mi gdzieś uleci. jestem zakochany w ingolfie wunderze!!! zaczarował mnie i porwał tak bardzo, że nawet nie zwracałem uwagi na włosy i spodnie agnieszki duczmal. koncert jak na konkursie, zamykałem oczy z wrażenia. piękno! powinni go grać na mojej siłowni. skomentuj (0) 2011-01-08 20:32:40 nowe siódma dziesięć rano. dojeżdżam do departamentu, jadę, słucham tego, co mówią przez radio, uważam, puste ulice, cisza, dzień niby pracujący, a nikt się nie śpieszy. hamuję, czekam, aż otworzy się brama, widzę, że strażnik - po zmianie - wyjeżdża i prawie się o mnie ociera, nic to, myślę. wjeżdżam, na wysokości połowy szerokości budynku zmieniam jedynkę na dwójkę, macham jednocześnie beacie, która zmierza do pracy i już czuję, że nic nie mogę zrobić, ratuję się ucieczką w lewo, chcę na pusty chodnik i trawnik, by koledze, co w australii urlopuje maski nie zniszczyć, chcę ochronić się przed stratami i... zatrzymuję się na samochodzie beaty. patrzymy na siebie, na to wszystko, jak z filmu ta scena, a gdy emocje opadają, zaczynamy działać. nowy zderzak za dwa tysiące, jej straty wciąż nieznane. czekam więc na ten moment, gdy chwycę za słuchawkę, centrum szkód wydzwonię, oce, ace nadwyrężę. bo się nikomu nie chciało posypać, bo ludzie ważniejsi, co jeden blady pan, który po naszej stłuczce, cały blady, wybiegł z taczkami i piaskiem w nich, tak bardzo chciał udowodnić, że efekt był żaden na obu polach. redaktora porannego dwóch strażników pod pachę wprowadzało do departamentu, a koleżeństwo od wiadomości zaparkowało prawie w budynku. mogliby sobie klucze odebrać, nie wysiadając w sumie. - a na parkingu to kto wysiada, kiełbasa? - denerwuje się beata przez telefon. ![]() odebraliśmy klucze. zaczęło się piekło wyburzeń, przestawek, planów. nasi fachowcy odkryli (jak na razie): - puszkę po piwie, zamurowaną w ścianie, - zniszczone zawory kanalizacyjne i grzyba w pionie, szczęśliwie, że u nas przed remontem, ale sąsiadom z góry, co już się zasiedlili, szczere wyrazy współczucia. już samo podpisywanie protokołu było zabawne, szybko i już, bo korzyść dwustronna, oni wpisują to do raportu zeszłorocznego, w zamian my nie płacimy czynszu za styczeń. spoks. pan mateusz tak się tym podniecił, myśląc też zapewne o wypadzie na narty, "już za kilka godzin", że najpierw odmówił nam wykupionej komórki i garażu, następnie pomylił miejsce postojowe z platformą, by w końcu zapomnieć o kluczach do jednego z pomieszczeń. szczęśliwie, mało ciekawie pachnący pan ochroniarz użyczył/podarował nam to, co trzeba. możemy więc przewieźć rowery, możemy śledzić postępy, sąsiadom z klatki wizawi pokazać, co i jak. nowe przyszło na wielu frontach. skomentuj (0) 2011-01-03 11:36:02 jedenasty albo się zrekonstruuję tu albo trzeba będzie to raz na zawsze zniknąć, postanowienie mam, by jednak notować, bo za dużo już spraw przeszło koło nochala. wchodzimy w nowy rok z setką nowych wyzwań. spadły na nas same lub zaplanowane. nowe siedlisko, we środę odbieramy klucze. przeraża mnie wizja urządzania tego, ale żmijka tak sprawnie wszystko przemyślała, sporządziła kosztorys, surfowała po sklepach z kafelkami, agd i innych, że jestem spokojny, niepokoję się jedynie o kolejne zera znikające z konta... ale przecież nowa praca żmijki daje nam szanse na uregulowanie wszystkiego, na załatwianie w terminie, na psychiczny spokój. oby! być nieco mniej pesymistą bym chciał, ten jad mnie zeżre od środka. chudnę, ćwiczę, jestem szczęśliwy. znowu zaczęło mi się śnić. tylko uśmiechać się częściej muszę. skomentuj (1) 2010-10-31 09:57:38 de łej ju laj dwudzieste pierwsze piętro nowego apartamentowca. balkon. albo taras na trzydziestym drugim. spoglądamy na zapierający skyline szanghaju. zapewne do podświetlenia dwudziestomilionowego miasta zużywają więcej prądu niż wszyscy rodacy nad wisłą. dech zapiera, cała nasza grupa patrzy jak zaczarowana. i tańczy sobie też. uszczypnij się, to są chiny, powiedziałbyś? wcześniej stoimy przed klubem m1nt. mamy wejść na helołin party, tłum, setki europejczyków w najdziwniejszych przebraniach świata. anioły, wampiry, robotnicy z kilofami. nie chce nam się czekać, dlatego dwudzieste pierwsze piętro. ![]() by nie zapomnieć z pawłem: seks masaż, seks masaż pod hotelem. łoczys ajfon. suka z telewizji. komisaras i dyrektoras. klacz i ślimak. dwa duże nosy, trzy. płodny okres? to się wyklucza. ławki, które rozpadają się dokładnie w dniu zamknięcia expo. i krzesła w pawilonie. ściana pęka. dobrze, będą okna. impreza u duńczyków. battle dance i dwie dziewczyny w sadzawce. dżelajla. oh, mike! kto będzie dzisiaj didżejem? ja bym chciał być, ale nie mamy muzyki, no. uuuu let's find love! skomentuj (0) 2010-09-29 01:52:27 deklaracja programowa spotykam w csw pp i pp opowiada mi, jak to jechał samochodem któregoś dnia i słuchał szoł z naszego departmentu. było o prawie murphy'ego, ale pp zadzwonił i zapytał, czy może przedstawić swoje drugie prawo? pozwolili. drugie prawo pp: im więcej pracujesz, tym więcej pracujesz. nie minął tydzień i okazało się, że pp ma rację. tak więc przyrzekam sobie publicznie, że już NIGDY nie będę pracował za i dla kogoś, by potem nie dowiedzieć się, że "prawda w oczy kole", itp. itd. niczego tak w życiu nienawidzę jak niewdzięczności, niezależnie od tego, jakie w kimś wzbudza skojarzenia to słowo. już sobie nie pozwolę na dbanie o coś, co nie powinno mnie obchodzić. podobnie jak na to, by dać się niepotrzebnie sprowokować, wyprowadzić z równowagi i musieć przepraszać. basta, przelało mi się. ani kroku dalej, jasny podział kompetencji i zadań. będzie jak linijką. skomentuj (0) 2010-09-28 01:43:58 re są miliardy powodów, by powrócić. są miliardy tematów i spraw, których, z różnych powodów, do dziś nie opisałem. ostatnie miesiące to było prawdziwe teżewe. byłem w buenos. b y ł e m w b u e n o s ! ! ! po buenos w życiu już NIGDY nic nie jest takie samo. tylko myśli mi pozostają niezmienne. zbieram się. ![]() zbieram się także do myśli o powrocie. TAM! na samym końcu świata też jest życie. skomentuj (0) 2010-07-11 05:06:10 Երևան samolot dotyka kołami płyty lotniska i mam wrażenie, że to nie jest asfalt, a dobrze ubita ziemia. dotacza się do budynku terminala, który wygląda jak ufo. zapewne tak wyobrażali sobie niezidentyfikowany pojazd sowieccy konstruktorzy. jestem w armenii, powietrze pachnie tu inaczej, zapowiada upał. później taksówkarz powie nam: - dziś będzie dzień pełen żaru, czterdzieści pięć stopni. pierwsze wrażenia mam takie - w libanie to była cywilizacja! na plus jest to, że cena wizy niższa o dwadzieścia dolarów od podawanej w przewodniku sprzed dwóch lat. na minus - że w kolejce do odprawy tracimy ponad godzinę, bo choć mieżdunarodnyje loty są w nocy, to celnicy przychodzą do pracy gremialnie na szóstą rano, wcześniej działają dwa jedynie okienka. dodatkowo ormianie, bezwstydnie, wpychają się między zdezorientowanych obcych, i tak nagle odnajdujesz się na szarym końcu. bo wcześniej musisz wymienić pieniądze, w takiej specjalnej maszynie, która sama rozpoznaje twoją obcą walutę, przelicza, wyrzuca monety, wysuwa banknoty. niby roomster, a już zdezelowany, ernest od razu zauważa, że nie ma klocków. wiezie nas do miasta, opowiadając o nowym aeroporcie, co to go stawia biznesmen stąd, który kasy dorobił się w brazylii. wtaczamy się do miasta i po prawej błyszczy w blasku wschodzącego słońca dostojna góra ararat. ależ robi wrażenie! stare zapadłe postsowieckie bloki, jakieś kable, dużo przestrzeni i ona! potem przejazd przez główne place, mieszanka komunizmu z wpływami osmańskimi, duże, ogromne. i zaraz z boku mała zapadła uliczka. świta, jest niedziela, ale recepcjonistka mówi, że dziś mają w armenii lany poniedziałek. wszędzie słychać koguty. skomentuj (2) 2010-06-29 11:08:50 na 4 lipca szanowny panie marszałku, dzisiaj, wraz z żoną, pojechałem do urzędu dzielnicy i odebrałem karteczkę, która uprawnia mnie do głosowania w drugiej turze wyborów prezydenckich. zrobiłem to jako świadomy obywatel i jako człowiek, który praktycznie nie ma wyjścia. panie marszałku, oddam na pana głos, ale chcę, żeby pan wiedział: nie jest pan dla mnie kandydatem idealnym. zresztą, nie znalazłem takiego nawet w pierwszej dziesiątce. dlaczego jednak teraz pana poprę, tak jak i uczyniłem to w pierwszej turze? nie dlatego, że zgadzam się z panem w kwestiach światopoglądowych, choć doceniam, że jest pan tak sarmacko konserwatywny i tkwi w tym, mimo że może ktoś pana kusi, żeby nagle zaczął pan udzielać ślubów parom tej samej płci. nie dlatego, że uważam, że jest pan przywódcą charyzmatycznym, w pewnym sensie szalonym jak wałęsa, wiem, że to, co mówi pan o in vitro nie jest może i do końca szczere, że tak trzeba. wiem, że ma pan mnóstwo wad, jak każdy, że ma pan też pewne zalety, których pański przeciwnik nie posiada. mam nadzieję, że jeśli pan wygra, czego panu życzę, zda pan sobie sprawę z jednego. że ja i wielu moich przyjaciół i znajomych odda na pana głos zwyczajnie ze strachu. dlatego, że pański konkurent jest złym człowiekiem i napędza go nienawiść, której u pana nie dostrzegam. bo chcę, żeby moje dzieci - niezależnie od tego w jaki sposób poczęte - uśmiechały się częściej niż ja, miały polityczne kłotnie gdzieś i nie musiały już oglądać człowieka, który z kłamstwa i terroru uczynił metodę sprawowania władzy. odnieść ewentualne zwycięstwo dzięki strachowi podwładnych, jakież to wyzwanie! skomentuj (0) 2010-06-21 00:01:11 bey przewaliło się, teraz druga tura, wszystko się może zdarzyć, trudno. chciałbym przy tej okazji gorąco pozdrowić pana, który lubi straszyć pokątnie. ułożyłem o nim opowiadanie, ale ciągle nie mam czasu go tu wkleić. może nie-za-długo. taki plan ambitny się udał, napisać tekścik składający się z tylu słów, ile wynosi końcówka jego numeru. jazda po bandzie to określenie najlepsze i dla mojego zachowania i dla nastrojów ostatnich kilkunastu dni, na przykład wtedy, gdy z podniesionym czołem trzeba wstać i coś odczytać, patrząc wrogowi prosto w oczy. zadziwiające, jak z niewieloma osobami można na tej płaszczyźnie złapać porozumienie, z kilkoma praktycznie i zachwycające, że dwie spośród tych osób, pracujących zresztą w departamencie, to moi przyjaciele. to takie budujące! każdy kolejny krok, który - umówmy się - nie jest dla nas zaskoczeniem objawia się wprowadzaniem w życie następnego planu awaryjnego, jesteśmy już chyba przy literce h. wiele jeszcze przed nami i to w różnych konfiguracjach i przy tej okazji raz jeszcze chciałbym pozdrowić pana, który lubi straszyć pokątnie z nadzieją, że zrobi to na kimś jakiekolwiek wrażenie. ![]() sobotni wieczór u azorów, przewalanie się przed ekranem (ach, kamerunie...), bób na chlebie, niebo w gębie i ciasto też! jakie miłe i ważne rozmowy, jaki "fool's day", jakie uśmiechy i żarty, jakie ciepło i bliskość. wspomnienie dawnych, wciąż nierozerwanych więzi, cosobotniego rytuału wyjścia, różowego wina, tańców w bieliźnie (pamiętacie?...). uwielbiam, nawet jeśli zmęczony, te rozstania pod klatką i powroty do domu, gdy ciepło i świta. wszystko spakowane. bejrut przed nami. jedno z marzeń. bliski bliski wschód. update *** uwielbiam ten moment, gdy mówią (z paniką w oczach): - i po co ja głosowałam/em na..., (znów) nie doceniłam/em elektoratu pis-u!; jeszcze czwarta nie zginęła :))). dzika satysfakcja i wesołość, to właśnie odczuwam o trzeciej nad ranem. wstaną, przetrą oczy ze zdumienia, ja już myślami będę dwa kroki dalej... skomentuj (0) 2010-06-07 18:52:40 kolega z koleżanką (moją), z kolegą i jego koleżanką, z przyjacielem i kilkoma innymi osobami czas. wspaniały! najpierw powoli zbliżamy się do krakowa, zaliczając kotlety na zimno z buraczkami i botwinkę na gorąco w domu u moich rodziców. na horyzoncie, po drodze, chmury, ale świadomość ucieczki od problemów zielonego budynku, choć na chwilę, odpręża. gdy wieczorem, późnym, na kazimierzu w barace zatrzymuje nas ściana deszczu, gdy gutek mówi: - dawno tak nie było, czuję radość z inności. ślizgam się po chodniku na piekarskiej z przeświadczeniem, że oto trafiły się weekendowe wakacje. ![]() pierwszego dnia, trudnego dla bardzo bliskiej mi osoby, czemu później dajemy zresztą ujście w rozmowie, spoglądając jedynie na pląsające wokaliski thievery corporation, otóż pierwszego dnia mottem staje się wyrąbane ze sceny 'this is not a flashback'. no, bardzo podoba mi się też friendly fires, wspominam z rozrzewnieniem czasy listy i kolejnej odsłony the best of... drugiego dnia, kiedy już właściwie możemy się wyluzować, patrzę na kolegę z koleżanką (jego), skaczących na metronomy, patrzę na saksofonistę od ivana i delphica, patrzę na spodnie pana z niwei, a także na falujący tłum na faithless, dam się unieść temu stanowi i aż mi żal w tyle głowy, że wszystko zaraz wróci do normy, że znów departament. ale pomiędzy koncertami cieszę się widokiem tych twarzy, spojrzeniami, rozmowami, żarcikami. wolę to sto razy bardziej od butów gejszy jednej z koleżanek z departamentu, przyodzianej tak, że gąbka na mikrofonie sama opada. i słychać jakieś szumy, brudy. grunt, że wiemy już, gdzie w przyszłym roku jajeczko i dlaczego bk będzie dobrym sternikiem i dlaczego tak łatwo w młodości łapało mu się szczupaki! kolega kojarzy? :) skomentuj (0) 2010-06-03 01:14:43 feel the pain or take the blame niezależnie od tego, jak skończy się ta walka (?), podziwiam go. za determinację, względne opanowanie, dążenie do celu z klasą. kiedyś pewnie będziemy się z tego śmiać, dziś jest to właściwie sprawa życia i śmierci. widok cudzego cierpienia, jeden ze znaków, jak znakomicie łączy się nowa, świetna książka - ostatnia - susan sontag z tą sytuacją. tyle się wydarza, że nie nadążam z notowaniem, zwłaszcza tu. estonia, pełen wiatru znad morza tallin właściwie mi umyka. w dzień po powrocie z szanghaju szaleństwo w departamencie i szampany strzelające, bo wróg został wyprowadzony, jeszcze nie zwycięstwo, ale w powietrzu czuć smak rewolucji. poczucie, że nigdy wcześniej nikomu się to nie udało! że przyszło to w ostatnim z możliwych momentów. i że niezależnie od tego, co się wydarzy dalej, tamta noc była nasza i do innych niepodobna. anegdot wiele. spać. i do krakowa. skomentuj (0) 2010-05-18 09:54:54 made in china 1. tego się nie da porównać z niczym! wilgoć, smog, ogrom wszystkiego, deszcz, pot, mnóstwo potu, bałagan, bieg, przepychanki, usłużność. jesteśmy z pawłem w szanghaju. wielkość, dookoła wielkość! expo 2008 w saragossie przy tym, co tu widzimy, to było wesołe miasteczko! tłumy, miliardy ludzi. miliardy dosłownie! 2. pekin. nowy jork razy dziesięć!!! lądujemy wieczorem, wita nas starbucks i dziesiątki innych sklepów. there is really no difference. bus zabiera nas do miasta, wjeżdżamy, wjeżdżamy, jeden manhattan za drugim, za trzecim. miasto świeci się milionami lampek, szerokie aleje, gdyby nie klimat, bylibyśmy daleko na zachodzie, może nawet w las vegas? wysiadamy pod dworcem kolejowym, jest 21 czasu miejscowego. śpiewają jakieś kuranty, niesie się to po całej okolicy. chińczycy biegają, potrącają się, przepychają, handlują, pod osłoną nocy, czym się da. w hotelu, jak wszędzie tu, zbanowany fejs. nie ma naszych rezerwacji, ale i tak dają nam - już zapłacony - pokój. wygląda jak mieszkanie, jest nawet pralka. w telewizji film o jakimś smutnym panu, którego wszyscy upijają w barze. w łazience dla każdego premium condoms z łabędziami na opakowaniu i coś, co wygląda - z pozoru - na kobiecą kredkę do oczu (po pudełku), a jest konrapo liquid condom. a w brzuchach taki kurczak, że dobrze, że w hotelu jest też waga. 3. cctv (tutejszy tvn24 in english): as always goverment is doing well. 4. kable wiszą nad chodnikami jakieś dwa metry dziesięć centymetrów. z łatwością mógłbym ich dotknąć, lekko zaledwie unosząc rekę. gdy gasną światła pobliskich budynków, już poza centrum, tu, gdzie stoi nasz hotel, okolica przemienia się w betonową pustynię. podczas nocnego spaceru, przed drugą czasu lokalnego, patrzymy na zakratowane balkony na wysokich piętrach. boją się kradzieży? a może hodują gołębie? między jakimiś krzakami, przy skrzyżowaniu dróg i pod estakadą, mały grill i miska z olejem. miejscowy kowalski serwuje nam za sześć juanów pyszne kuleczki z-niewiadomo-czego, smażone warzywa. panowie po szychcie posilają się i smakują piwo. nie mają domu? a może mieszkają w tych małych chatkach za ogrodzeniem? gdy wracamy, strażnik numer 1, udający parkingowego, przekazuje, zbytnio nie dbając o dyskrecję, strażnikowi numer 2, udającemu boya hotelowego, czekającego na gości na podjeździe, komunikat w stylu: uwaga! alieny wracają. w ogóle nie ma gołębi. możliwe, że zjedzone. 5. szydło postanowiła urządzić, pod moją fejsbukową nieobecność, bal na generalskim profilu. będę się mu przyglądał z oddali z zaciekawieniem ;). 6. ![]() 7. używając niemojej terminologii, w teatrze trafiamy na żyletę. co chwila jakiś smark, głośne komentarze, wybrzmienia utworów podkreślają wszechobecne dzwonki telefonów. przeważają nokie i ajfony. camerata ich nie rusza, jazz już bardziej. ale gdy na tle liry korbowej pojawiają się tancerze w strojach mocno szlacheckich, szaleją. krzyczą 'wow!' w wersji chińsko-angielskiej. 8. ciekawe, jaką lojalnością i wobec kogo wykazać się muszą pracownicy kfc na tienanmen, by nieustająco mieć kontakt z obcymi? dragon twister za jedenaście juanów. 9. podoba mi się ten kraj, a jednocześnie niemożebnie go nienawidzę. 10. pekin, beton dookoła. - aaa, polanda - mówi. rozkłada ręce, pokazuje, że leci jak ptak, jak samolot i nagle spada. - polanda, sorry. 11. szanghaj, the city that never sleeps, usypia. rano problemy ze wstaniem. koło południa już lepiej, w końcu u nas to szósta! te ciężkie chmury, ten smog, ten tropik. nie mam siły podnieść się z łóżka. 12. ![]() 13. w media center. - przepraszam, chcielibyśmy nagrać korespondencję. czy możemy poprosić o ściszenie, na chwilę, głosu w tym telewizorze. - tak, oczywiście, proszę poczekać. - przepraszam, trochę nie mamy czasu. - tak, oczywiście, proszę poczekać. - ale... - proszę pana, potrzebuję specjalnego pozwolenia na ściszenie tego telewizora. w taksówce. - expo. - expo? w telefonie. - słucham, expo hotline. - dzień dobry, chciałbym prosić o numer do pawilonu czarnogóry. - niestety, proszę pana, nie mogę panu pomóc. - a kto może? - niestety, proszę pana, nikt nie może panu pomóc. 14. ![]() 15. a który z was jest starszy? skomentuj (2) 2010-05-12 00:45:24 mądrość malina zasadzińska (1929- ) była największą w historii centrali ilustratorką muzyczną. zośka mówi, że ona była królową, a jak wiadomo - królowa jest tylko jedna. słucham jej wspomnień, na potrzeby departamentu, z długich audycji i wypowiedzi wyłapuję tę. zachwycające, że lata lecą, świat się zmienia, pokolenia przemijają, a ludzie wciąż mówią te same ważne słowa. i wierzą w nie. przyjaźń chyba najbardziej cenię ze wszystkich uczuć ludzkich. chyba, no, zaryzykuję, że nawet bardziej niż miłość. przede wszystkim szczerość w przyjaźni. nie wyobrażam sobie, że jak jestem z kimś zaprzyjaźniona, żebym była fałszywa. jestem czasem przykra, no, mówię wszystko w oczy. dla mnie to jest pierwsze uczucie w ogóle, najważniejsze uczucie w życiu. przyjaźń. i to mi jest bardzo potrzebne. bardzo cierpię na przykład zdrady z powodu przyjaźni, bardzo mnie to boli. (...) przyjaźń to jak miłość, prawda? przecież nie zakochasz się w kimś, kto jest kompletnie jakiś nieciekawy? to tak samo jest z przyjaźnią. też, po prostu, musi ci ktoś odpowiadać, jego cechy charakteru ci muszą, sposób bycia, jego sposób życia. takie rzeczy po prostu. mówi to wieku sześćdziesięciu dwóch lat. z pełnym przekonaniem, bez zawahania. tak, jak lubię. i mówi, i uważa. skomentuj (0) 2010-05-10 02:05:28 my life be like kraków znów mnie w maju zachwyca. nie tylko ceną, niską, taksówek. przede wszystkim wystawami, powszechną dostępnością zdjęć, obcowania z najbrzydszym narodem świata. w krakowie jest tak, jakby się nigdy nic nie stało. ![]() jestem teraz z walizki w walizkę. już trzy kłębią się w domu, nie mieliśmy ich nawet czasu rozpakować. wyjmuję z szuflad ostatnie uprane, mam nadzieję, że pył nas nie zatrzyma. najbardziej denerwuje mnie prawdopodobieństwo utknięcia tam przed kolejną, najważniejszą, przesiadką. kraków pełen smaków. żydowskich, azjatyckich, kraków z grilla, z bankietu, najlepszy ever tatar ze śledzia. kraków rozmów, żartów, kraków smsów. brak możliwości wpływu na ten fragment rzeczywistości. no i kraków przełamywania tabu! teraz duńskie miasto nad zatoką fińską. zawsze to zredefiniowane, zawężone, ważne grono. skomentuj (0) 2010-05-05 02:44:46 paradise, circus, talks są chwile, które z ostatnich ośmiu dni zapamiętam na długo. a chciałbym na zawsze. ![]() 1. jest ciemna noc, powoli kończy się poprzedni wtorek. wyjeżdżam z rucianego, przeciętego na pół remonto-budową mostu. jadę po pawła prawie nikomu teraz niepotrzebną drogą na pisz. mgła, ciemno, dookoła lasy, gwiazdy rozświetlają niebo. w głowie wspomnienia sprzed lat, z wakacji tu, wtedy było tak... jadę i uśmiecham się na myśl, mgła gęstnieje, więc wrzucam odpowiednie światła, z głośników sączy się reportaż, na który czekałem i podczas słuchania którego, za kilkadziesiąt minut, zwyczajnie się rozpłaczę. kontroluję obraz przed sobą. rzadkie chwile sam na sam. i jak mi tu nagle, z dziesięć metrów przed maską, coś się nie poderwie! przecieram prawe oko i daję wiarę. w ciemną mazurską noc, na asfalcie, pewnie nagrzanym, leżą sobie dwa wielkie jelenie. ja po hamulcach, one w nogi, sarny, dziesiątki seren, które wreszcie zauważam na nasypie kolejowym, uciekają do kniei. nierealne dość. a potem te słowa opowieści z radia. a potem ta rozmowa najszczersza, poskładana z fragmentów. 2. pierwsza ever wizyta w olsztynie i wszystko, co z nią związane. okno w hotelu, beton za oknem studia, rozmowy na balkonie w lokalnym departamencie. i zdziwienie jednej z koleżanek, która dała się zwieść i teraz jej głupio. a także szaleńczy bieg, jazda, walka z czasem, spotkania w dziwnych miejscach, jakiś pan, który grubym kijem grzebie w stawie i inny pan, który tak bardzo kocha zwierzęta, że nadaje im nieprawdopodobne imiona, z tygryskiem uszatkiem na czele. 3. żwir w sztutowie. ptaki. dźwięki z zamkniętych skrzyń ze wspomnieniami. kormorany, które obsrały cały las, a podglądane przez lornetkę wyżelowanego strażnika prężą się i puchną z dumy, aż tu - łup! - ryba wypadnie im z pyska. wiatr, deszcz, piasek w oczach. nocne składanie. dociskanie, ile się z tego jeszcze da? i uśmiech żmijki, nie tylko wtedy, gdy małe dziki przecinają nam drogę na plaży. to wszystko pamiętam, na równi z innymi tymi rzeczami, które sprawiają, że czuję się komfortowo. niechętnie się wraca, słabo się odnajduje w rzeczywistości, która wkurwia. ale tego, co nasze, nikt nie przejmie. przyjemnością i zaszczytem nie można się podzielić. tak jak i rodzinnymi planami, które też będą tylko nasze. skomentuj (0) 2010-04-21 01:27:59 onyks trzecie podejście do tej samej notki, ostatnie już sam nie wiem, co mnie bardziej dziwi w tym kraju. czy fakt, że na uroczystości pogrzebowe pary prezydenckiej trzeba się akredytować i chodzić po mieście z białą plakietką na smyczy czy narodowa żałosna komisja śledcza ds. wawelu? te myśli przychodzą mi do głowy w ostatnią niedzielę, gdy jest już wreszcie po wszystkim. opuszczamy z rudym kraków w takt hot chip, bo musimy jakoś odreagować. a potem włączamy radio, zmieniamy skalę na nasz departament i słuchamy tego raz jeszcze, w godzinnej pigułce. i aż musimy się zatrzymać, by na chłodno przetrawić osiem dni i siebie w ich czasie, czego namacalny dowód dostajemy z głośników. w dawnej stolicy polaków czuję się jak w drugiej erpe okresu jej najlepszej prosperity. brakuje tylko marszałka i kasztanki. ale nie wszyscy się cieszą. bo choć dzwonnik wawelski mówi mi: - dziękujemy rodzinie kaczyńskich, że oddali nam to, co dla nich najcenniejsze, to jednak piątkowy miły wieczór w wiadomym towarzystwie na kazimierzu daje inny obraz. miasta podzielonego, zniesmaczonego, niepogodzonego, gdzie na murach pojawiają się hasła w stylu prezydent spadł nam z nieba, a najciekawszym żarcioszkiem jest ten, że rosjanie twierdzą - tego tupolewa da się jeszcze wyklepać. ktoś mi przypomina, zaraz po tej tragedii, jak to miesiąc temu dzwonili do mnie z kancelarii prezydenta, pytając o tytuł książki, bo pani prezydentowa nie zdążyła zapisać. mam to w głowie, gdy w krypcie spoglądam na sarkofag, pusty jeszcze, jeszcze nie taki zastygły, ale już taki, ze mistrz, który go wykonał mówi, że wygląda jakby stał tu od wieków. dopiero potem, podczas pogrzebu zauważam, że prezydenta przełożono do mniejszej trumny, bo cały czas zastanawiam się, jak oni się tu zmieszczą? surowy kamień na wieki robi na mnie większe wrażenie niż to, co widziałem w pałacu. namacalność śmierci i stworzenie mitu narodowego. mam do siebie pretensje, gdy, spotkawszy michała, wymieniamy jedynie milczące uściski. jest mi z tym niedobrze, dlatego postanawiam zadzwonić. i to okazuje się największa, najtrudniejsza próba osobistego zetknięcia się z tragedią tak niewyobrażalną dla tylu osób! mówię coś na początku i wiem, że muszę słuchać, że ważne jest dać powiedzieć. dobrze, że nie widzę swojej twarzy, każde słowo z tej jego opowieści przeszywa. choć nawet w jednej setnej nie jestem sobie wyobrazić tego, czego doświadcza. ból. rozpacz. nieodwracalność. najbardziej nie do zaakceptowania jest ta nieodwracalność!!! teraz mamy już nowe sprawy do załatwienia. operacja żmijki się udała, alieny wycięte. za chwilę gdzieś ruszamy. powraca pęd. a oni wciąż czekają. skomentuj (0) 2010-04-14 23:00:36 inni departament w tych dniach. zupełnie inne miejsce. obserwuję ludzi, sam siebie doglądam i zachwyca mnie ta wola zapięcia wszystkiego na najwyższy ostatni guzik. bez narzekania na zmęczenie, bez podziałów na konkretne oddziały, co oczywiste zdaje się na co dzień. korytarze tętniące rozmową, biegiem, kipiące pomysłami. ![]() witam drugą trumnę, sylwia wszystkiego dopilnowuje, znów podróż przez cichy pałac, znów idealnie ułożone płytki na dziedzińcu, znów stoimy we dwójkę, choć w grupie, znów odprowadzamy wzrokiem. za bramą tłum zawodzi hymn, a przed nami staje samochód z trumną, cały w kwiatach. ile kwiatów!!! znów te same, co dwa dni wcześniej, obrazki. ludzie w uniesieniu, ludzie chcieliby kanonizacji, ludzie snują plotki o spisku, ludzie przylatują z kanady, bo co to teraz, proszę pana, będzie z polską, czy ona przetrwa, ludzie uważają, że rosjanie na pewno, w czasie remontu, coś do tego samolotu włożyli i dlatego wszyscy oni zginęli na tej ziemi świętej. dużo rozmawiamy. więź. takie chwile prowokują. także do nieprzewidywalnych zachowań. jedziemy z rudym na wawel. żmija kupuje piękny czarny jedwany krawat. bo, jak podkreśla, nie może być wstydu przed barackiem. skomentuj (0) 2010-04-12 22:23:49 jedenasty dzień kwietnia dwa tysiące dziesiątego roku idealnie ułożone płytki dziedzińca. cisza. żołnierze w idealnie skrojonych mundurach. zagubienie borowików. pustki w pałacu. płaczące pracownice kancelarii. to wszystko rejestruje kątem oka i uszami, gdy razem z sylwią, przypadkiem, przechodzimy do specjalnego boksu. jak się skupić i co mówić? słyszę trzaski, jakie to komiczne, gdy mikołaj przez słuchawki wydaje mi dyspozycje: jak, gdzie i pod jakim kątem stanąć, by nie zgubić sygnału. wcześniej przedzieram się przez reprezentacyjną ulicę, całą w zniczach, które aż duszą przechodniów. niosą flagi, znicze kupione za pięć zeta (prezydent nie żyje, ale jeszcze polska nie zginęła, naród sobie zawsze poradzi...), kwiaty, czarne wstążki w klapach. płaczą, wyją wręcz, śpiewają, zawodzą, nucą. stoją w skupieniu. milczą, trzymają się za ręce. czekają. widzę ich zza bramy, gdy najpierw wjeżdżają policjanci. piękni, na świecących motocyklach. a potem ten samochód. z odległości dwóch metrów widzę trumnę. trzask! obrazki z telewizji, głosy z radia, zdjęcia z gazet tracą znaczenie. tu i teraz leży w trumnie prezydent tego kraju. córka, przepełniona nieszczęściem i brat, nafaszerowany proszkami, odprowadzają go wzrokiem. a potem wchodzą do pałacu. drżą mi ręce. i po chwili znowu cisza. staram się ogarnąć to wszystko w rozmowie z robertem, ale słowa nie potrafią przyjść. dzwony dalej dzwonią. muszę wyjść, ale po drodze, na ziemi, leży czerwony goździk. pani z kancelarii podnosi go, podaje i mówi: - to kwiatek z trumny pana prezydenta. niech pan go weźmie i coś z nim zrobi. skomentuj (1) |
|